Oto moja historia ukazująca pewne zmiany w życiu i kłopoty, z którymi sobie poradziłam. Mam nadzieję, że en artykuł Cię zainspiruje i będzie wsparciem na życiowej drodze.

Zaplanowałam wyjazd do Katowic na szkolenie. Nazwijmy je spotkaniem z mentorem. Plan był stały i niezmienny, aż do 2 tygodni przed planowanym terminem, kiedy to w okazało się, że z w tym samym czasie mam mieć inne szkolenie. W związku z tym zrezygnowałam ze spotkania z mentorem, bo to drugie było dla mnie priorytetem. Po kolejnym tygodniu okazało się, że jednak termin drugiego szkolenia został znowu przesunięty i odbędzie się później, więc wróciłam szybko do pierwotnej wersji, wyjazdu do Katowic.

W dniu mojej wycieczki, postanowiłam rano sprawdzić auto. To jest mój standardowy zwyczaj przed dłuższymi trasami, a że dawno nie wyjeżdżałam dalej samochodem, to sprawa była priorytetowa. Sprawdzam poziom oleju, a to niespodzianka. Jest poniżej normy. Dolewam więc swój zapas, który zawsze wożę w bagażniku. Jednocześnie zapala mi się wewnętrzna czerwona lampka, więc patrzę na karteczkę, którą zwykle zostawia mechanik i okazuje się, że olej powinien być wymieniony kilka tysięcy km temu… Robię duże oczy, bo nie chce mi się wierzyć, że mogłam pokonać w ciągu roku takie odległości… a jednak. Włącza mi się dialog wewnętrzny: „Przecież to planowałam po roku eksploatacji, jak zwykle… Powinnam była to wcześniej sprawdzić. Przecież samochód jeździ sprawnie. O co tutaj chodzi?” – wewnętrzna papuga gada jak opętana. „Stop!” – mówię do siebie – „Dość tego! Zastanów się co jest dzisiaj Twoim celem!” – zatrzymuję swoje myśli i patrzę na zegarek. Jest g.7:40, a ja wiem ze mam potencjalnie niesprawne auto, którym miałam jechać do Katowic, ale w obliczu sytuacji, muszę zrezygnować z tego pomysłu. Wszystko się może zdarzyć, awaria na drodze, pchanie do najbliższej miejscowości. Mogę tam utknąć zdana na łaskę i niełaskę innych kierowców, pogody i przypadek czy w pobliżu znajdę jakiegoś mechanika. Wiec krótka piłka. Trzeba podjąć jakąś decyzję, więc podejmuję – jadę PKP.

Jest 7:53. Sprawdzam szybko połączenia. Okazuje się ze mam pociąg z przesiadka w Kościanie o 8:33 z Mosiny, najbliższej miejscowości z dworcem, gdzie mogę podjechać autem. Blisko, więc w razie czego ktoś z sąsiadów mnie pociągnie. Mam chwilę na spakowanie. Biorę tylko to, co niezbędne. Śniadania nie zdążyłam zjeść, ale gotowałam ryż, wiec ciach do pojemnika, jeszcze trochę masła i mam posiłek na cały dzień. Biorę jeszcze kilka losowo wybranych rzeczy z lodówki. O 8:12 wsiadam w samochód i śmigam do Mosiny. Jestem tam 10 minut później. Na dworcu kolejka za biletami, a ja widzę że pociąg już podjechał na stację. Pośpiech, biegnę po peronie z biletem w dłoni, wsiadłam,weszłam na piętro, bo to dwupoziomowy wagon. Po drodze kasuję bilet u konduktora. Miły facet. Siadam.

Ok – myślę sobie – sytuacja opanowana. Jeszcze tylko muszę zadzwonić do przyjaciela i poinformować, że nie przyjadę do niego i jego żony, tylko będę wracać od razu po szkoleniu do domu. Jestem głodna, więc wyciągam ryż, jabłko i jogurt. Pakuje ryż do jogurtu i wcinam szybko, bo za 30 minut mam przesiadkę. W tym samym czasie wyciągam telefon i dzwonię do mojego przyjaciela, z informacją co się wydarzyło, ale przychodzi mi do głowy, że jeśli będę dwie i pół godziny przed czasem, to może spotkamy się w mieście na obiedzie. Myślę sobie: „Dlaczego nie? To, że się nieco pokomplikowała sprawa nie oznacza, że mam rezygnować z moich planów” – Wojtek zgadza się. Ustalamy, że sprawdzi plan dnia i oddzwoni – „To jeszcze załatwię mechanika”. Umawiam się od razu na przegląd dzień później. Cały czas przegryzając jogurt, postanawiam jeszcze wysłać smsa, żeby ostatecznie dopiąć wszystkie sprawy na dzisiaj. Nawet całkiem nieźle, jak na taki dzień z perturbacjami. Uśmiecham się do siebie, bo czuję się świetnie. Pojawiają się myśli – „Jest przygoda dzieje się!”

Dalej przegryzam ryż z jogurtem. Jest całkiem smaczny. Zadowolona z siebie podnoszę wzrok na telefon 9:04. Właśnie ruszamy ze stacji. W ostatnim momencie widzę napis Kościan, a ja zostałam w pociągu z jogurtem i ryżem w lewej ręce, jabłkiem w prawej i telefonem na kolanach….

„Tylko bez paniki, coś wymyślisz…” Mówię do siebie w myślach i cała sytuacja zaczyna mnie coraz bardziej bawić. „Masz kilka opcji: wysiąść na najbliższej stacji i łapać stopa z powrotem do Kościana – ryzykowne, mogę nie zdążyć… Wysiąść na kolejnej dużej stacji….? Wiem, poradzę się Konduktora, on pewnie będzie wiedział, gdzie wysiąść, żeby jakoś się dostać do Katowic…”

Szukam Konduktora. Na jednej ze ścian przeczytałam informację, która grozi: „Jeśli nie masz biletu, udaj się na czoło pociągu i kup bilet u konduktora, w innym razie zapłacisz mandat 200 zł!”. Przebijam się więc przez kolejne wagony z jogurtem w lewej ręce i jabłkiem w prawej, aż wreszcie znalazłam faceta w granatowym mundurze, podchodzę do niego, mówię – „Dzień dobry” – i już mam mu wyjaśniać cała sytuację, a on do mnie, z rozbrajającym uśmiechem – „Nie jadam jogurtów!” – A ja w śmiech, bo komizm całej sytuacji totalnie rozbroił. Po chwili konsternacji wyjaśniam mu w czym rzecz i proszę o pomoc oraz informacje, gdzie my w ogóle teraz jedziemy. On ze stoickim spokojem i uśmiechem na ustach mówi mi, że następna duża stacja jest w Lesznie i tam mogę wysiąść, po czym obiecuje, że sprawdzi czy zdążę na mój TLK. Ja proszę go o bilet do Leszna, a on mówi, że chce zobaczyć te, które już mam. Pokazuję mu to co dostałam na dworcu, a on spogląda na bilety, to na mnie, to na mój jogurt, to na bilety, to na mnie i prosi, bym usiadła. Więc siadam.

Zjadam wreszcie swoje śniadanie. Po drodze mijamy dwie lub trzy stacje, a ja z portfelem w dłoni czekam. Myśląc, że Konduktor o mnie zapomniał, przypominam się: „Czy mogłabym prosić o bilet do Leszna?”. On do mnie żebym siedziała i pyta czy mi źle tam na miejscu, a ja na to, że bardzo dobrze i zaczynam rozumieć, że podarował mi ten przejazd gratis. Siedzę więc cicho i tym razem uważnie się rozglądam patrząc na napisy na budynkach. W końcu konduktor informuje, że mam wysiąść w Lesznie, że to ostatnia stacja i że mój pociąg startuje o 9:43.

Jest 9:27. Widzę, że dojeżdżamy do Leszna, bo tory się rozchodzą na prawo i lewo, za oknem miga wiele budynków, wyłaniają się kominy i mnóstwo wagonów na bocznicach. Słychać tylko miarowe dudnienie,a ja nie słyszę już swoich myśli tylko czuję duży spokój oraz jakąś dziwną nieokreśloną radość, połączoną z twórczym pytaniem: „Ciekawe co się jeszcze wydarzy?”

W końcu zatrzymujemy się i już mam wysiadać, dziękując konduktorowi za pomoc, a on do mnie: „Oooo, uciekł Pani, widać tylko tył pociągu” – i widzę ten jego szelmowski uśmiech, wiec szybko odpowiadam – „Wkręca mnie Pan” – i uśmiecham się do niego, a on na potwierdzenie macha głowa, mówiąc – „Spokojnie ma Pani 10 minut, proszę udać się na peron pierwszy, TLK odjedzie dopiero o 9:43”. Wiec uśmiecham się do niego, dziękuję za sprawdzenie połączeń i wysiadam.

Jest godzina 9:30. Okazuje się ze dworzec w Lesznie jest elegancko wyremontowany. Sprawdzam numer wagonu oraz miejsce i postanawiam udać się na początek peronu. Ogarnia mnie spokój i jakaś nieuzasadniona radość, że świeci słońce, że jest piękny dzień i że przeżywam przygodę. W Lesznie grzeje piękne słońce. Delektuję się ciepłem promieni na mojej twarzy. Stoję sobie z plecakiem i jest mi po prostu dobrze.

Pociąg podjeżdża po kilku minutach. Patrzę na numer wagonu, który się przede mną zatrzymał i okazuje się, że muszę biec na drugi koniec peronu. I znowu adrenalina lekko w górę, biegnę na tył pociągu, plecak telepie mi się na plecach, ale mknę przed siebie, mając jeden cel: wsiąść wreszcie do TLK, żeby dojechać na szkolenie, na które tak długo czekałam. Wskakuję do dziewiętnastki i decyduje się przejść do wagonu numer dwadzieścia już przez środek.

W końcu ufff… udało się. Jestem w dwudziestce. Szukam swojego miejsca. Dochodzę do przedziału, a w środku siedzi zakonnica, która wita mnie z przyjaznym uśmiechem. Wchodząc mówię: Dzień dobry! A ona do mnie: „Szczęść Boże!”, więc odpowiadam: „Szczęść Boże”, po czym wybieram miejsce na przeciw, widząc, że ona zajęła moje.

Reszta podróży przebiegła już bardzo spokojnie, była wręcz zbyt spokojna na tle porannych zdarzeń. Dojechałam na czas. Mój przyjaciel zaprosił mnie na obiad, więc zdążyłam się z nim porozmawiać o wszystkim o czym chciałam. Potem podwiózł mnie na szkolenie. Byłam pięć minut przed czasem. Spędziłam wspaniały i twórczy czas. Bardzo dużo się dowiedziałam. Każdy cel został zrealizowany, a nawet więcej, bo wróciłam do domu wcześniej niż planowałam. Zadziwiające jest to, że przez cały czas zachowałam twórcze nastawienie do całej sytuacji i zdałam sobie sprawę, że mogłam się wkurzać, mogłam zrezygnować z wyjazdu, z powodu swojej nieuwagi, związanej z samochodem. Mogłam uznać, że i tak nie zdążę na pociąg, po tym jak zapomniałam wysiąść w Kościanie, ale przez cały czas tak bardzo byłam skoncentrowana na celu, że nie przyszło do głowy, żeby popaść w negatywny nastrój, zdenerwowanie, albo frustrację. Po prostu byłam i reagowałam na wszystko co przychodzi, a nawet czułam jakąś dotąd nieznaną mi dziką ciekawość, która odbijała się w mojej głowie jak echo słowami: „Ciekawe co jeszcze się dzisiaj wydarzy”. 🙂

Co sobie bierzesz z tej historii?

Jeśli chcesz otrzymać wsparcie odnośnie powyższego tematu zapisz się na bezpłatną konsultację.

Komentarze

comments