Przepis na szczęście? Zapoznaj się z moim a może odnajdziesz swój?
Gdy byłam mała dziewczynką z lubością uległam temu mitowi. Pamiętam, gdy jako mała, chudziutka kruszyna, poruszałam się w nastroju iście detektywistycznym wśród traw, spacerując z moją mamą po łące i poszukiwałam jej. Rozglądałam się. Czasem przystawałam wpatrując się w zieleń: „Czy to już to? Czy to ona?” – po czym szybko przykucałam, wyrywając swoje małe rączki w stronę upragnionej – tej jednej, jedynej. I znowu okazywało się, że to nie ona. Ale z uporem dalej,dalej jej poszukiwałam licząc, że gdy ją znajdę, to nagle w moim życiu pojawi się coś niezwykłego. Może mama kupi mi wreszcie upragnioną lalkę, albo kolejny model konia do kolekcji. A może poczuję to w sobie, w środku i już nigdy nie będę smutna? Aż wreszcie, któregoś dnia znalazłam ją. Rosła sobie jak gdyby nigdy nic, nie zważając na ludzkie oczekiwania – czterolistna koniczyna. Zerwałam i ułożyłam delikatnie w rączkach… I co? I nic… Wtedy nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak jest. Przecież, gdy znajdziesz czterolistną koniczynkę, to tak, jakbyś znalazł szczęście! Czułam się rozczarowana i smutna, że w moim życiu nie wydarzyło się tego dnia nic szczególnego.
Mam wrażenie, że ten mit dalej w nas pokutuje. Szukamy swoich czterolistnych koniczynek w relacjach, w nowym samochodzie, w świetnie prosperującej firmie i mówią sobie: „Gdy go zdobędę, będę szczęśliwa!”, „Gdy się pobierzemy, będę szczęśliwy!”, „Gdy urodzę dziecko, to już zawsze będę szczęśliwa!”, „Gdy wreszcie wyjdę z długów, to będę szczęśliwy!”, „Gdy moja firma się rozwinie, będę wreszcie spokojna i szczęśliwa!”. Gdy…, gdy…, gdy… Stale szukamy czegoś, co nas uszczęśliwi, podczas, gdy życie przecieka pomiędzy palcami, a codzienna gonitwa, za tymi błyskotkami, nie daje upragnionego poczucia spełnienia.
Tak zastanawiając się nad tym przez ostatnich kilka lat, postanowiłam odwrócić sytuację i zapytać, co się stanie, gdy postanowię być szczęśliwa, tak po prostu, bez większego powodu, a zwłaszcza w tych momentach, w których tych powodów naprawdę brakuje, a wręcz to upragnione „szczęście” wydaje się nie na miejscu.
I co?
I nie zawsze mi wychodzi, chociaż bardzo bym chciała, ale wiem, że to jest kwestia budowania w sobie odpowiednich nawyków… Co się zmieniło? To, że widzę teraz większość spraw w dużo jaśniejszych barwach. Jakoś tak łatwiej jest utrzymać optymizm. Mniej rzeczy mnie martwi, stresuje i irytuje. Zgadzam się na więcej rzeczy, które się wydarzają, bo przecież każda pojawia się z jakiegoś powodu, każda mnie czegoś uczy. Jak mawiał mój ulubiony trener: „Jak boli, to znaczy, że rośnie!”. Z drugiej strony zadaje sobie pytania o to, co kocham robić, z kim chcę być, co jest moją życiową misją. I owszem wyznaczam sobie cele, do realizacji i jednocześnie staram się cieszyć ze wszystkiego co przychodzi, bo to buduje dojrzałość, rozwija i jest po prostu elementem życia.
Mój coach, podczas naszej rozmowy zadał mi ostatnio bardzo dobre zadanie, budujące ten nawyk: „Zawsze, gdy pomyślisz o czymś, co Cię martwi, znajdź 3 inne pozytywne aspekty tej sytuacji”. Praktykuję codziennie. Kiedyś też ktoś mi pokazał jeszcze jeden sposób i od tamtej pory zadaję sobie codziennie pytanie: „Za co jesteś dziś wdzięczna?” Ostatnio dodałam do tego: „Za co chcę siebie dzisiaj pochwalić?”
A jakie są Twoje sposoby na szczęście?
Jeśli uważasz, że potrzebujesz pomocy w tym obszarze, zapisz się na bezpłatną konsultację już dziś!