Oto historia o tym, jak pokochać siebie…
Tego dnia walczyła sama ze sobą. Czuła się źle i nie rozumiała co się wokół niej dzieje. Przecież tak bardzo się stara. Tak ciężko pracuje, żeby dostać to, czego potrzebuje i nic. Stale pustka i rozczarowanie. Postanowiła, że zrobi to. Pójdzie do niego i zapyta. Sama nie potrafiła znaleźć w sobie odpowiedzi.
Ruszyła w stronę wielkiej góry, która przypominała jej o trudach codziennego życia. Musiała pokonać tysiące schodów, żeby się tam dostać. Pamięta, że wcześniej, wielokrotnie po drodze rezygnowała. Na początku, a nawet po połowie, chociaż wiedziała, że jeśli przejdzie dwie trzecie schodów, jej szanse na dotarcie do celu wzrosną gwałtownie. Szła przed siebie, z determinacją, której dawno nie czuła, ale tym razem chciała poznać prawdę. Chciała się wreszcie dowiedzieć!
Udało się, nie bez trudu, dostać na sam szczyt. Stanęła przed świątynią i wpadła w zadumę.
„Jak powinnam go zapytać, żeby od razu udzielił mi odpowiedzi?” „Jak w ogóle brzmi moje pytanie?”
Pot spływał stróżkami po jej skroniach i plecach. Tego dnia było bardzo parno, co dodatkowo uczyniło jej drogę trudniejszą i bardziej żmudną.
Poczuła, że chce tam pójść. Dzisiaj wyciągnie z niego tajemnicę. A jeśli będzie musiała, wydrze mu to siłą! Pewna siebie ruszyła w znanym kierunku.
Gdy weszła do świątyni, poczuła na skórze gęsią skórkę. Wszechogarniający chłód natychmiast sprawił, że myśli odeszły. Poczuła się mniej zmęczona, a umysł się oczyścił.
Starzec siedział w ciszy na środku sali medytacyjnej. Wokół unosił się zapach świeżości, jaki towarzyszył górom o tej porze roku, pomieszany z wonią szałwiowych kadzideł.
Nie była pewna, czy ją w ogóle zauważył. Chociaż czasem miała wrażenie, że Mistrz widzi wszystko, co się wokół niego dzieje. Czasem tylko czeka na właściwy moment. Nawet nie śmiała mu przeszkadzać. Wiedziała, że jeśli chce uzyskać odpowiedź, może się to zakończyć nawet kilkugodzinnym oczekiwaniem na reakcję z jego strony. Ku jej zaskoczeniu odezwał się niemalże natychmiast, po tym, gdy podeszła do miejsca, gdzie zwykle siadała, żeby poczekać, aż Mistrz zakończy medytacje.
– Co Cię do mnie sprowadza, drogie dziecko?
Natychmiast poczuła, jak przyjemna, ciepła energia przytula ją i otwiera delikatnie jej umysł. Lubiła to. Jej Mistrz roztaczał wokół siebie tak przyjemną energię, że mogłaby tam zostać na zawsze. Nigdy jednak nie miała odwagi. Zawsze miała poczucie obowiązku, że trzeba wrócić na dół, do ludzi i zająć się tysiącem ważnych i pilnych spraw, które miała do zrobienia.
– Chcę wiedzieć kto może mnie kochać bezinteresowanie. Taką jaką jestem i za to, że po prostu jestem. Czy istnieje taki rodzaj miłości? Pełen akceptacji. Bez względu na to czy mamy w sobie dobro czy zło, czy mamy dobry czy beznadziejny humor, czy jesteśmy dla innych mili czy też nawrzeszczymy na nich. Mistrzu. Szukam takiej miłości, która po prostu będzie. Spokojna, bez napięć, bezwzględna – zamilkła, gdy poczuła, że łzy napłynęły do jej oczu. Jednak w środku była spokojna, a energia jej Mistrza kołysała ją delikatnie i spokojnie.
– I jak myślisz. Drogie dziecko?
– Nie wiem. Przyszłam Ciebie o to zapytać. Ty wiesz, jesteś Mistrzem – Mówiła, to ale wiedziała, że te słowa kompletnie nie zadziałają. Czuła też, że nawet nie jest w stanie go sprowokować. Mogła jedynie cierpliwie czekać na odpowiedź.
– I czego Cię to pytanie uczy o Tobie samej?
Zadumała się. Zaczęła intensywnie myśleć.
– Czuję, że … – zawahała się – …że nie zaznaje takiej miłości. Ciągle rozczarowania. Stale widzę interesowność po drugiej stronie. Wydaje mi się też, że jej poszukuję. To jest jak tęsknota za czymś co było bardzo piękne, czego się kiedyś doświadczyło, ale co z niewiadomych przyczyn odeszło i nie chce powrócić… chociaż obiecało, że kiedyś się ponownie pojawi.
– A Twój mąż? – zapytał Mistrz, chociaż widziała, że to pytanie jest jedną z tych jego sztuczek.
– Mój mąż… Kochamy się, jest nam razem dobrze, ale to jest bardzo interesowne. On chce mieć piękną żonę, czułość, gotową strawę, gdy wraca do domu, seks, opiekę nad dziećmi, to, że dom jest posprzątany. Ja potrzebuję bezpieczeństwa, środków do życia, jego uśmiechu i przytulenia mnie, gdy jest mi smutno, seksu i czułości. Gdyby tego nie było, cała miłość rozpłynęłaby się w jednej chwili i stalibyśmy się dla siebie obcymi ludźmi. Przeżyłam już coś takiego wcześniej, widziałam takie rzeczy u innych. Nie będę się oszukiwać… – powiedziała pewnie i stanowczo.
Zapadła chwila ciszy. To był jeden z tych momentów, w których galopujące myśli przepływają gwałtownie przej jej umysł, jakby słyszała hałas, który można spotkać tylko w handlowy dzień na bazarze.
– A Twoja matka? – znowu usłyszała nieznośne pytanie, które ani nie było odpowiedzią, ani nie dawało odpowiedzi, której szukała…
– Nie… Kiedyś nad tym myślałam. To, co się wydaje na początku bezinteresowne jest tylko wynikiem hormonów i trwa po to, żeby dziecko mogło przetrwać. Szukałam, rozglądałam się i to, co widziałam to lepsze matki i gorsze matki. Wiele z nich po urodzeniu dziecka jest w nim zakochanych po uszy, jednak to jest czysta biologia. Gdy dziecko dorasta i pokazuje, że chce iść inną drogą niż przewidzieli rodzice, wtedy zaczyna się płacz, złość i niezrozumienie. Dziecko staje się niewdzięczne, samolubne, dziwne, zmieniło się i tak dalej… A najlepsze są te dzieci, które decydują się zrezygnować z własnego życia i zostają przy rodzicach Wtedy powstają dramaty. Dzieci zostają i opiekują się, bo czuły by wyrzuty sumienia, gdyby opuściły rodziców. Tam często nie ma miłości, ale raczej widać powinność, która często okupiona jest cichym cierpieniem ze strony dzieci. Czasem nawet to ciche cierpienie zamienia się w rozpacz, alkohol i inne rzeczy. A czasem po prostu w smutną akceptację losu. Nie może być miłości, gdy pojawia się zniewolenie pod jakąkolwiek postacią. Słyszałam wiele takich historii. Moje poszukiwania trwają już od kilku lat. To nie to… Tam też jest interesowność. Są oczywiście też rodzice, którzy pozwalają swoim dzieciom po prostu żyć, ale jeszcze nie poznałam przypadku, którego szukam.
I znowu cisza Cisza, która miała dać czas raczej jej na pozbieranie myśli, a nie Mistrzowi. On zdawał się być człowiekiem, dla którego myśli nie mają żadnego znaczenia, a może on już je dawno pozbierał, albo wybrał tylko te, które są dla niego użyteczne. Nie wiedziała.
– To kto może mnie kochać bezinteresownie?
– No właśnie kto może cię kochać bezinteresownie? – jak echo odpowiedział Mistrz.
Czuła się fatalnie. Po raz kolejny łudziła się, że otrzyma jasną odpowiedź, ale za każdym razem było tak samo. Mistrz jedynie zadawał pytania, a czasem po prostu wstawał i znikał, pozostawiając za sobą tę falę pozytywnej energii i akceptacji chwili, która była tylko dla niej. Czasem się na niego złościła, że starzec tak po prostu ją ignoruje i wychodzi. Czasem czuła się smutna i porzucona. Czasem nawet miała do niego w myślach pretensje i obwiniała go za sytuację. Potem czuła żal wobec siebie, że przychodzi tu na górę i traci tylko czas.
Zanurzona w myślach nawet nie zauważyła, jak Mistrz cicho wymknął się z sali i znowu pozostawił ją samą ze sobą. Jak mogła tego nie zauważyć. Może by zadała jeszcze jedno pytanie, które by wreszcie obudziło starca i zmusiło do tego, żeby zaczął mówić. Czuła, jak narasta w niej złość na Mistrza i na siebie. To była frustracja, pomieszaną z agresywną chęcią aktywnego wydarcia tajemnicy, po którą tutaj przyszła. W końcu tyle poświęciła: czas, siły, szła tutaj bardzo długo i znowu nic…
Wyszła wściekle z klasztoru. Jej szata gwałtownie szeleściła, odzwierciedlając stan ducha.
Jak to jest, że za każdym razem godzi się na takie traktowanie. Mistrz nigdy nie podchodził do niej poważnie. Jego zachowanie wskazywało, że traktuje ją jak dziecko, które tylko przeszkadza i zadaje głupie pytania, albo jak babę, która po raz kolejny przychodzi do męża i prosi o przykręcenie śruby, bo sama nie potrafi tego zrobić. Idiotyzm, stale tutaj przychodzić i dostawać te głupie pytania i na dodatek falę ignorancji z jego strony.
Ruszyła szybkim i dynamicznym krokiem w stronę schodów. Tysiąca schodów, które miały ją wyprowadzić z tego koszmarnego miejsca, do którego sama przylazła, nie wiadomo po co…
Postawiła pierwszy krok, drugi, trzeci. Nagle poczuła, jak gwałtownie, coś ciągnie ją w dół i jednocześnie, nieznana siła przechyla jej ciało niebezpiecznie na bok. Straciła równowagę i zobaczyła, że nie jest już w stanie się uratować. Zaraz poleci głową w dół i nie wiadomo czy przeżyje upadek. Po obu stronach była przepaść. Jej ciałem wstrząsnął dreszcz przerażenia, który w jednej sekundzie napiął wszystkie mięśnie i oczyścił umysł ze wszelkich myśli. Potem poczuła czystość i nieznany dotąd spokój. Wiedziała, że jest w niebezpieczeństwie, ale zamiast lęku, pojawiła się chłodna kalkulacja, która powiedziała jej co ma robić. Pierwszy raz zobaczyła odpowiedź w tak jasny i klarowny sposób. Wszystkie dźwięki zniknęły. Była tylko ona i ta jasność.
Jej dłonie, jakby same, bezwiednie błyskawicznie złapały za gałęzie, a potem wystające korzenie pobliskiego, niewysokiego drzewa, które rosło tuż przy schodach. Ręce, jakby same stworzyły tak mocny uchwyt, który miał je tragicznie poranić, jakby poświęciły się, w 100%, żeby te myśli, to wszystko, co nazywała sobą, mogło przeżyć ten zagrażający życiu upadek. Nogi podkurczyły się, jakby od dawna wiedziały, co mają robić w takich chwilach. To było pierwotne, automatyczne, bezwiedne. Wystawiły się na ciosy kamieni, żwiru i wystających korzeni drzewa, wszystko, żeby ochronić najbardziej czułe miejsca, głowę, twarz, tułów. Wiedziała, że mogą ulec złamaniom, ale chroniły ją z tak gigantyczną determinacją, jakby groźba złamania, obtłuczeń czy zdartej do krwi skóra były kompletnym drobiazgiem, wobec jej życia, które dla tego ciała okazały się tak cenne.
Upadła boleśnie, chociaż bólu praktycznie nie czuła. Ręce natychmiast pozostawiły wierzchnią warstwę skóry na gałęziach, a potem na korzeniu, którego uchwyciły się z taką siłą, że nic nie było w stanie ich oderwać. Poczuła chrupnięcie w obu nadgarstkach, jednak dłonie trzymały, z miłością i pełnym poświęceniem. Nogi w pierwszym momencie uderzyły w pobliskie kamienie i poczuła, jak skała dotkliwie kaleczy jej kolana i przedziera się siłą grawitacji przez pasmo mięśni, rozrywając niemiłosiernie ciało i tłukąc kości poniżej kolan. A ona nadal nie czuła bólu, tylko wielką miłość i poświęcenie jej ciała, które za wszelką cenę chciało, żeby przeżyła.
Nie wiedziała, kiedy straciła przytomność. Czuła tylko, że żyje i to było najważniejsze. Przed jej oczami przewijały się obrazy. Intensywnie błękitne niebo. Niewyraźne kształty pobliskiego drzewa. Potem światło, które zmusiło ją do zamknięcia oczu, ale nadal je widziała bardzo intensywnie, jakby otoczyło ją znajomą falą dobrej energii, opieki i miłości. Leżała tak przez jakiś czas. W końcu przy kolejnym otwarciu oczu zobaczyła nad sobą głowę Mistrza. Jak zawsze spokojnego, uśmiechniętego i spokojnego. Pierwsza myśl wydała jej się strasznie głupia, ale pomyślała, że zazdrości mu tego spokoju i może po prostu umarła i dlatego czuje się tutaj tak dobrze.
Mistrz spoglądał na nią przez jakiś czas, aż w końcu zadał swoje ulubione pytanie.
– Czego się dzisiaj nauczyłaś o sobie?
– Mistrzu – aż zadziwił ją ton jej głosu, gładki, spokojny, pewny siebie, jakby nie należał do niej, zniknął ton poddańczej uległości wobec Mistrza, zniknęła cała agresja, jaką miała tego dnia w sobie, zniknęła gorycz i rozczarowanie, czuła tylko spokój, miłość i wdzięczność – odkryłam odpowiedź na swoje pytanie… – przerwała na chwilę, żeby oczyścić umysł – To ja.
– Co ja? – Mistrz odpowiedział spokojnie, jakby niewzruszony jej odkryciem, albo może wiedział, ale tylko chciał jej pomóc poukładać myśli.
– Tylko ja mogę kochać siebie bezinteresownie, a wtedy świat wokół mnie, wszystko… drzewa, a może nawet ludzie, też zaczną mnie tak traktować, bo zmieni się moje podejście do samej siebie. Ja się zmienię i wtedy świat się zmieni. Dzisiaj doświadczyłam, jak moje ręce i nogi poświęcają się w 100%, abym mogła żyć. Od zawsze mam w sobie ten potencjał, tylko do tej pory nigdy go nie doświadczyłam. Dziś, gdy pierwszy raz zobaczyłam to wspaniałe zjawisko miłości – wiem, że jest to możliwe, ale tylko ja mogę to stworzyć.
Mistrz uśmiechnął się, pogładził ją po głowie i zastygł medytując dalej. Ona przez chwilę patrzyła na ten cudowny uśmiech, czując wszechogarniającą miłość i słysząc śpiew ptaków latających na zewnątrz klasztoru, zasnęła.
Jeśli uważasz, że potrzebujesz pomocy w tym obszarze, zapisz się na bezpłatną konsultację już dziś!
śpieszmy się kochac siebie zanim bedzie za późno i inni nas znienawidzą i odejdą.
Jesli nie kochamy siebie, nie potrafimy kochac innych, dawać szczęścia. Tak często nam się powtarzało, że musimy innym pomagac, matka ma się poświęcać dzieciom, żona mężowi, pracownik firmi itp. że zapominamy poświęcic się sobie, stawiamy się na drugim miejscu, przez co frustracja w nas narasta i wkurza nas cały świat.
A tak naprawdę wkurzamy się na siebie, że o sobie zapomnieliśmy. Nie chodzi o bycie samolubnym, ale o zdrowe granice, które trzeba utrzymać, aby zachować siebie.
ps. to oczywiście moje przemyslenia, jakie mam po tym tekście, kazdy może miec inne.
Dziękuję Marto za tą historię
Zgadzam się z Edi i również dziękuję. Piękna metaforyczna opowieść o miłości. jest tak blisko, a szukamy tak daleko.
To piękna opowieść – metaforycznie jest łatwiej zrozumieć własne blokady i ograniczenia i – nabrać chęci ( prawdziwie), na dokonanie znaczącej zmiany w swoim życiu. To świetna opowieść dla nie wierzących ( nie myślę tu o nie – katolikach, czy też tychże, ale „nie – praktykujących”). Bo dla wierzących – to nie jest dobra opowieść. Tym niemniej, ta, czy inna, dla Tych, czy dla tamtych – wraz z tą własnie opowieścią, tworzą CAŁOŚĆ. Dziękuję Ci, Marta:)
Anna B.
Dziewczyny. Pięknie Wam dziękuję za komentarze. Po to są metaforyczne opowieści, żeby każdy z nich wyciągnął to, co dla niego ważne. Cieszę się, że znalazłyście dla siebie wartość. Pozdrowienia :):):)